Wywiad nagrany:
Krzywy Róg, Ukraina26.09.2015
Nazywam się Ołeh Heorhijowycz Pawłysz, urodzony 20 czerwca 1971 roku w m. Krzywy Róg, uczyłem się w krzyworoskiej sz.p. nr 61, która znajduje się niedaleko stąd przy stacji Rokowata. Nasza rodzina standardowo radziecka. Mam dwie córki: Waleriję, starszą (urodzona w 1996 roku) i Alinę (w 2001 roku), żonę, Ołenę Ołeksijiwnę Pawłysz, szkolną nauczycielkę geografii. Nasza rodzina żyje tu, w naszym, tak to nazwijmy, rodowym gnieździe. Ten dom budował mój pradziadek, Amwrosij. Tu żył i dziadek, Mykoła Opanasowycz Pawłysz z Ołeną Petriwną, i my tu żyliśmy z rodzicami, póki rodzice budowali swój dom ulicę dalej. Urodziłem się w tym dom, mój brat, Dmytro, też się tu urodził, ale potem, kiedy miałem 5 lat, przeprowadziliśmy się do nowego, zbudowanego przez rodziców, dom i od tamtej pory tam żyliśmy. Potem się ożeniłem i 2 października 1998 przeprowadziłem się do tego domu i tu tak i żyjemy. We dwie rodziny z bratem.
Matka – Walentyna, ojciec – Heorhij. Dziadek, Mykoła Opanasowycz – tata mojego ojca. Ojciec zmarł w 2007 roku, wieczny mu odpoczynek, mama – żyje, na emeryturze. Całe życie przepracowała jako księgowa w bazie samochodowej. Ojciec całe życie przepracował w kopalni „Gwardyjska” jako starszy majster. Wydobywał rudę dla kraju.
Z dzieciństwa pamiętam, jak żyliśmy jeszcze w tym budynku, mieliśmy jako ostatni ogród na wsi, i za ogrodem rosły wiekowe wierzby, takie na 3-4 obwodu, i był tam trawnik, mały strumyk, i kiedy tam biegaliśmy, bawiliśmy się jeszcze maleńcy, babcia pościeli mi kocyk, i tam się bawiłem. A dalej już rzeka. Pamiętam, brałem łopatę, chodziłem za dolinę i tam kopałem i szukałem skarbu, miałem wtedy pięć lat. No, na pewno, wykopałem dół gdzieś po pas.
Mamy dynie z 1928 roku, puste w środku, związane sznurkiem, i na nich jeszcze dziadek uczył się pływać. I ja też na nich się nauczyłem. Chodziliśmy nad rzekę, kiedy jeszcze tu dacz nie było. Ludzie zaczęli budować te dacze w latach 80-tych. A do tego czasu tam rósł oczeret, rosły wierzby. I tak my tu z dziadkiem chodziliśmy się kąpać, kiedy woda w rzece była czysta, nie było strachu przed zarażeniem się czymś. Pamiętam, staliśmy na głębokości ludzkiego wzrostu i patrzyłem na swoje nogi pod wodą, tak była czysta.
Mój dziadek był człowiekiem z zasadami. Ponieważ dziadek był nauczycielem, mało kto go nazywał po prostu Mykołą. We wsi nazywali go Panasowycz. Dziadek był autorytetem, poważano go. Spotykałem wielu ludzi w kopalni, kiedy i sam tam pracowałem, i ci, którzy dowiadywali się, jak mam na nazwisko, zapytywali: „A Mykoła Opanasowycz to wasz krewny?” A ja mówiłem „Tak, to mój dziadek!”. Wszyscy wyrażali się o nim bardzo dobrze. Był bardzo zasadniczym i dobrym nauczycielem. Odczułem to na samym sobie, kiedy kończyłem 8 klas szkoły i w 1986 roku przygotowywałem się do dostania się do technikum. Przychodziłem do dziadka i zajmował się ze mną matematyką. I w szkole, i na egzaminach wstępnych, wszystko zdałem dobrze. Dobrze znałem matematykę. Myślę, że to dzięki temu, że dziadek zajmował się mną, i jego geny przeszły na mnie.
Zaczynamy doceniać rzeczy zawsze wtedy, gdy je tracimy. Mało wnikałem w dziadkowe życie, w to, co opowiadał. No, jak dzieciak: pobiegać, pobawić się. Ale już po wojsku przychodziłem do dziadka i pracowaliśmy w ogrodzie. Od razu pierwsze zdanie dziadka brzmiało „No co, popracujemy?” – „Popracujemy!”
Jedną z głównych zalet, jak sądzę, które były mi przekazane od dziadka i babci, było to, że zaszczepili we mnie miłość do muzyki. Dziadek całe życie grał na akordeonie. I ja od 6 roku życia gram na akordeonie. Wszystkie święta rodzinne, gdy goście przychodzili do babci i dziadka, zawsze spędzane były wesoło, brzmiały pieśni narodowe – dziadek grał na akordeonie. Dziadek nie znał nut, bardzo chciał się nauczyć „Pożegnania Słowianki”. Nauczyłem się tego utworu z nut dla niego, a potem już nauczyłem dziadka.
Zapamiętało się jeszcze i to, że dziadek zawsze był poważny, w formie, nigdy nie palił. I jeśli pił na święta, to jedynie trochę i czysto symbolicznie. I oto kiedy wróciłem z wojska, w formie, już do domu demobilizowali, a on po prostu pracował w ogrodzie, i mówię „Dziadku, przyszedłem!” I dziadek zapłakał.
Pracował w ogrodzie i do końca grał na akordeonie. Dziadek zmarł w wieku 79 i pół lat, i pracował do końca, palił w piecu, dlatego że nie miał gazu, i tak nie mogliśmy mu go zainstalować, już zbudowaliśmy komin, a gazu nie mieliśmy jak. Sam chodził do sklepu, sam o siebie dbał. Był w bojowym nastroju.
Kiedy byłem mały i mieszkaliśmy tu z babcią i dziadkiem, to mało co mnie interesowało. O wojnie dziadek opowiadał, bo był ranny. Miał płytkę pod żebrami, był zraniony odłamkiem. I kiedy tylko leżałem koło dziadka, zawsze postukam i poczuję coś tam pod skórą. Ale, tak w ogóle, bardzo nie lubił opowiadać o wojnie, dlatego że w działaniach wojennych nie brał udziału, miał ochronę pierwszej kategorii, dlatego że był wykwalifikowanym pedagogiem (postanowienie nr 6 Centralnej Komisji Rekrutacyjnej, zaświadczenie nr 89 ważne od 23 grudnia 1941 e.). Ochronę wydawali dlatego, żeby człowiek mógł legalnie przebywać na tyłach podczas wojny. Wydawano ją najpierw cennym i wysokokwalifikowanym specjalisto, strategicznie ważnym dla ochrony gałęzi przemysłowej. Ochrona wydawana była także niektórym działaczom kultury i sportu.
Nigdy nie widziałem, żeby dziadek pisał swoje dzienniki. Dlaczego? Babcia Ołena Petriwna zmarła w 1983 roku. I wtedy, poczynając od zimy 1984, dziadek na zimę jeździł do swego młodszego syna. Miał dwóch synów: starszy – Heorhij i młodszy – Wałerij, który wyjechał na północ w 1974 roku budować miasto Kostomuksza. Tam ożenił się i zamieszkał. Ma tam żonę i dwoje dzieci – Saszę i Olę.
To one, te zeszyty. Dziadek nazwał je powieściami autobiograficznymi. Pisał tam, u wujka Wałery. Wujek Wałera żyje w mieszkaniu i dziadek zimą miał dużo wolnego czasu, żeby pisać swoje wspomnienia. Dlatego że tu dziadek mieszkał w domu, i cały wolny czas przeznaczał albo na robotę w domu, a kiedy odpoczywał – grał na akordeonie.
I w ogóle my nie widzieliśmy tych zapisków. Tu nawet na zeszytach jest napisane „Dla Żory” – dla mojego ojca, no i tym samym dla jego dzieci, dla nas. Z tych zapisków dowiedziałem się wiele ciekawych rzeczy. Posilając się tymi zapiskami, ułożyłem drzewo genealogiczne. To ono. Poczynając od Amwrosija Pawłysza i Mariji Andrijiwny (to ze strony dziadka) i Suprun Semen i Petro Czajka (z babcinej). To, tak powiedzmy, ledwie część drzewa genealogicznego, która odnosi się tylko do Mykoły Opanasowycza i Ołeni Petriwny.
Archiwum rodzinne. Dziadek miał swój gabinet. Był on dla mnie czymś nieosiągalnym. Stały tam regały z książkami, zachodziłem tam, brałem książki, ale tylko za pozwoleniem dziadka. I to wszystko była jakby świątynia. I po tym, jak dziadek umarł, zaprowadziliśmy tam porządek. Jedne książki wyrzuciliśmy, inne umieściliśmy w swojej bibliotece. I tam, na tych regałach znalazłem wiele różnych fotografii. To były zdjęcia z lat 20-30 minionego wieku. Pilnujemy ich i ja przeszczepiam swoim córkom miłość do historii, żeby ceniły takie słowa jak rodzina, tradycje, szacunek dla starszych.
Znaleźliśmy, na przykład, „klepsydrę”. Brat dziadka walczył za granicą i przepadł bez wieści. I dziadek słał wszędzie wokół listy, bardzo chciał dowiedzieć się o losie swojego brata, Hryhorija. I wszystkiego tego dowiedział się później.
Uważam, że dziadek odegrał w moim życiu bardzo dużą rolę. I uważam, że właśnie dziadek przyuczył mnie do pracy w ziemi. Bardzo mi się podoba pracować w ogrodzie. Powiedziałbym im za to „bardzo dziękuję”. I powiedziałbym: „Oto, zobaczy dziadek, jaki stary to był dom, a my staramy się zrobić go piękniejszym, staramy się go polepszyć”. I bardzo bym chciał, żeby patrzyli na nas z niebios i cieszyli i z naszego powodu, i ze swojego, że nie na darmo przeżyli życie.
Urywek z dziennika pradziadka:
Druga wojna światowa rozpoczęła się w czasie mej młodości – pierwszego września 1939 roku. Dowiedziałem się o niej, będąc w pracy. O kontynuowaniu wojny w Europie zawiadamiały gazety w 1940 roku. W ZSRR zaczęła się częściowa mobilizacja poborowych. 22 czerwca 1941 roku zaczęła się Wielka Wojna Ojczyźniana. W klubie bożedariwśkim wyświetlali film, po którym transmitowali z głośników odezwę Stalina czy Mołotowa (dokładnie nie pamiętam) do narodu. W domach lokalni mieszkańcy poczęli zalepiać okna na krzyż skrawkami papieru. Przelatywały samoloty, wyły, ale nie bombardowały. Zaczęła się wojna. Zakopałem koszule, dokumenty i wszystko inne, co tylko mieściło się do walizki, na wypadek bombardowania, ostrzału artyleryjskiego czy pożaru. W głowie nie postało, że trzeba będzie się ewakuować. Większość mieszkańców kiepsko żyła w czasie wojny. Nie organizowano zaopatrzenia w produkty pierwszej potrzeby, paliwo i inne rzeczy. Przedsiębiorstwa nie pracowały. Pracownicy kopalni rudy, fabryk, zawodów, mieszkańcy miast zmuszeni byli pracować w kołchozach, które wtedy zaczęto nazywać „hromhospami” (gospodarstwami ludowymi).
